Opisywaną trasę przejechaliśmy w dniach 1 - 4 lipca 2010 roku. Liczyła około 800 km. Byliśmy w: Lesku, Sanoku, Jurowcach, Czerteżu, Kostarowcach, Uluczu, Dobrej Szlacheckiej, Łodzinie, Hłomczy, Mrzygłodzie, Tyrawie Solnej, Siemuszowej,Hołuczkowie, Chotyńcu. Jest to - wyłączając Kostarowce i Lesko - trasa nr II (sanocko - dynowska) Szlaku architektury drewnianej województwa podkarpackiego.


Dzień pierwszy. W Bieszczady.

W Bieszczadach, przynajmniej raz w roku, jesteśmy od „zawsze”. Piesze wędrówki szlaka­mi i zakątkami
zamieniliśmy na przejażdżki urokliwymi trasami do miejsc, które są dla nas interesujące.

Do przejechania mamy około 310 km. Drogi w standardzie krajowym: jedne lepsze, z nową warstwą, inne w stanie wymagającym od kierowcy sporej uwagi. Trasa typowo tu­rystyczna: ciekawe tereny, ładne widoki, wzgórza, lasy, rzeczki, ... . Roztocze, Pogórze, Bieszczady.


Wjeżdżając do Jarosławia od strony Ciechanowa w miejscowości Koniaczów mijamy za­jazd „U Rafała”. Schludnie, czysto, przyjemnie, w miarę szybko i bardzo smacznie. Siedzi­my albo w pomieszczeniu, albo pod wielkimi parasolami. Zawsze tak planujemy trasę, by przystanek na posiłek wypadł właśnie tam.

Panorama, jaka wyłania się zza zakrętu przy wjeździe do Przemyśla od strony Jarosławia, jest niesamowita. Na jej widok zawsze reagujemy tak samo: uśmiech od ucha do ucha. Po skręcie w prawo, zaraz za mostem na Sanie, minięciu stacji paliw i przejechaniu pod wy­ciągiem krzesełkowym, mijamy naszą “bramę w Bieszczady”.


Trasa z Przemyśla do Leska przez Załuż to „esencja” turystycznej jazdy motocyklem, ze szczególnym uwzględnieniem odcinka Tyrawa Wołoska – Załuż. Przed Tyrawą, w miejscowości Rozpucie, jest niepozornie wyglądająca smażalnia ryb. W drodze powrot­nej robimy tam postój na pstrąga.


Do Leska przyjeżdżamy w czasie zlotu LESKO BIKE WEEK (początek lipca) połączonego z festiwalem ,,COUNTRY W BIESZCZADACH”. W dzień jeździmy, wieczorem zaglądamy na zlotowisko i koniecznie na koncert (wejście w cenie opłaty zlotowej). Mimo, że nie jesteśmy fanami muzyki country, to serwowana tutaj mieszanka stylów (od country po ostrego rock'a) i przynajmniej dwóch wykonawcó
w z krajowej I ligi (występy w Mrągowie) powodu­ją, że przesiadujemy tu chętnie.

Dzień drugi .
Postanowiliśmy odrobić zaległości i poszwendać się po Sanoku. Nie w  skansenie, bo tam byliśmy kilka lat wcześniej, ale „po mieście”. No to pod górę, do centrum, a tam: ciężki turystyk, ciasno, nie wiadomo gdzie, którędy, mokre plecy, no …. prawie panika, wreszcie parking.  Ubrania i kaski schowane. Ruszamy. Okalające kwadratowy sanocki rynek kamienice zbudowane zostały pod koniec XVIII i na po­czątku XIX wieku. Zgrabne, doskonałe pro­porcje, zadbane, odre­staurowane, kolorowe. Sama radość. W rogu rynku klasztor i kościół Franciszkanów.  Jego obecny kształt architek­toniczny pochodzi z końca XIX wieku. Warto zajrzeć do środka. W rynku nie sposób nie za­uważyć ratusza miejskiego oraz pochodzącego z XIX wieku  dawnego gmachu rady powiatowej. Z rynku na stary, piastowski zamek. Od panowania Jagiełły aż po czasy króla Zygmunta I Starego był siedzibą i oprawą królewskich małżonek. Upadek zamku nastąpił pod koniec XIXw. Dzieła zniszczenia dokonały  wojska rosyjskie w 1915 r. rozbierając południowe skrzydło. Od tego okresu do czasów współczesnych zamek zachował się w niezmienionej formie. Na zamku wystawiana jest kolekcja ponad 700 ikon
z XVI-XX wieku oraz prace Zdzisława Beksińskiego. Ugrzęźliśmy tam na kilka godzin. Z zamku, nieśpiesznie w dół, do XVIII- wiecznej cerkwi z dzwonnicą. Cerkiew zamknięta, ale obejrzeliśmy wnętrze przez ażurowe (krata) drzwi. Z cerkwi na rynek do karczmy serwującej autentyczne dania regionalne. To co wzięliśmy było naprawdę regionalne i dooooobre. Po posiłku do Józefa Szwejka z Królewskich Vinohradów, który siedzi sobie na ławeczce ustawionej przy deptaku. Spacer po uliczkach, zaułkach, wędrówka do bankomatu, spokojnie, sielsko ale … czas goni. Wyjazd  spokojnie, bez nadmiernych emocji.

Bezpośrednio za Sanokiem (14 km), przy drodze 886 , znajdują się 3 miejscowości leżące na Szlaku Ikon (dwie z  nich na Szlaku Architektury Drewnianej): Jurowce, Czerteż i Kostarowce.

Zaczęliśmy od najdalej położonych Jurowiec. Znajduje się tu dawna drewniana cerkiew greckokatolic­ka zbudowana w 1873 roku w stylu bizantyjskim wraz z pochodzącą z 1905 roku murowaną dzwonnicą. Naprzeciw zespołu cerkiewnego znajduje się dwór neoklasyczny z pierwszej połowy XIX wieku. Wpisany do rejestru zabytków jako przykład architektury rezydencjo­nalnej, podzielił losy wielu innych obiektów tego typu, na których najpierw dokonała się   „sprawiedliwość dziejowa” a teraz …...... .

By dojechać do cerkwi w Czerteżu należy, zgodnie z oznakowaniem „Szlaku Architektury Drewnianej”, zjechać z drogi 886, przejechać odcinek drogi szutrowej i obok budynków, na utwardzonym placu  zostawić motocykl. Można jechać dalej polną drogą. Ja nie chciałem. Do przejścia pozostało 200 m. Wzniesiona w 1742 roku cerkiew jest typową cerkwią bojkowską, drewnianą, trójdzielną, krytą gontem, z pojedynczą nawą. W 1887 roku dobudowano obok niej wolnostojącą dzwonnicę. W bezpośrednim sąsiedztwie rozciąga się zabytkowy greckokatolicki cmentarz. O każdym zwiedzanym obiekcie staramy się czegoś dowiedzieć nim go zobaczymy. Wiemy czego się spodziewać i na co patrzymy. Każdy obiekt oglądamy bez pośpiechu, spokojnie, okazując „należny mu szacunek”. Każdy. A jednak niektóre jakoś bardziej się zapamiętuje. Przy niektórych chciałoby się dłużej pobyć, siąść na wytartym progu, posiedzieć, pomilczeć. My określamy to „magią miejsca”. Zespół cerkiewny w Czerteżu jest takim miejscem.

Przejeżdżając „na wprost” przez skrzyżowanie z drogą 886 jedziemy do miejscowości Kostarowce. W niej wybudowana w 1872 roku drewniana cerkiew, trójdzielna, zestawiona z kwadratowych członów, z babińcem zwieńczonym czworoboczną wieżą i przedsionkiem poprzedzającym budowlę. Skromna, surowa budowla pozbawiona dekoracji, na które nie pozwalały cesarskie przepisy. Miejscowość jest rozległa, z uliczkami, dojazdami, trzeba się trochę porozglądać by dojechać do cerkwi.Był to ostatni obiekt, który tego dnia obejrzeliśmy. Przez Sanok, Zagórz do Leska. Na tere­nie zlotu oglądamy „sprzęty” i stoiska firm, później koncert i na „kwaterze” zamykamy oczka.

Dzień trzeci.
Plan na dziś był taki: nie zatrzymując się nigdzie po drodze jedziemy bezpośrednio do Ulucza. Za to w drodze powrotnej zwiedzamy miejscowości: Dobra Szlachecka, Łodzina, Hłomcza, Mrzygłód, Tyrawa Solna, Siemuszowa, Hołuczków.  Jeśli zabraknie nam czasu, w każdej chwili możemy przerwać wycieczkę i wrócić do Leska. Pogoda piękna, no to jazda. Lesko, Załuż i najbardziej ekscytujący (serpentyny) odcinek drogi bieszczadzkiej. W Tyrawie Wołoskiej na skrzyżowaniu w lewo i ….... ciąg dalszy widokowej, przyjemnie powolnej trasy turystycznej, poprowadzonej doliną potoku Tyrawka, pomiędzy niewysokimi wzniesieniami. Cudowna pogoda, motocykl, dwoje bliskich sobie ludzi, wspólny cel. Tempo i klimat iście choperowy. Nie przeszkadzało nam, że za Dobrą stan nawierzchni zmienił się na gorszy, a nawet wtedy, gdy zamienił się w szutrówkę biegnącą brzegiem Sanu, która - w mojej ocenie - nie zawsze jest przejezdna.
Przed wjazdem do Ulucza należy zgłosić chęć oglądania wnętrza cerkwi (doskonale widoczna informacja). Pojechaliśmy, zgodnie z otrzymanymi wskazówkami, „za mostek”, do ścieżki prowadzącej do cerkwi. Jezdnia wąska, więc dla motocykla znaleźliśmy trochę twardego obok drogi. Doszła do nas Pani z kluczami i razem rozpoczęliśmy wchodzenie na wyniosłe wzgórze Dębnik, na którym położona jest cerkiew. Bardzo chcieliśmy zobaczyć cerkiew w Uluczu, uważaną za najstarszą drewnianą cerkiew w Polsce. Co prawda po badaniach dendrologicznych utraciła to miano ale nic nie straciła ze swego uroku, kształtu i pięknej bryły. Cerkiew wchodziła w skład rozłożonego na szczycie wzgórza  monastyru bazyliańskiego, otoczonego podwójnym murem, z dwiema bramami wejściowymi z drewnianymi wieżami. Zbudowana z drewna jodłowego, konstrukcji zrębowej, trójdzielna, z nawą przykrytą ośmioboczną kopułą, otoczona malowniczymi sobotami. Przysadzista, zwarta, piękna w formie jaką nadał jej budowniczy. Po obejrzeniu wnętrza (pozostały jedynie reszki polichromii), Pani nas pożegnała. Zostaliśmy sami. Często to co oglądamy „mamy tylko dla siebie”. Trochę trwało zanim postanowiliśmy zejść na dół. Jeszcze rzut oka na to miejsce i cerkiew, która -  mamy nadzieję - trwać będzie jak najdłużej, zgodnie z rytmem swego przeznaczenia. Rozpoczynamy powrót do Leska i zwiedzanie miejsc, które minęliśmy jadąc tutaj.
Zespół cerkiewny w Dobrej Szlacheckiej to dwie cerkwie i opuszczony budynek starej plebanii. Pierwsza to wybudowana po koniec XIX wieku drewniana cerkiew osadzona na kamiennej podmurówce, szalowana pionowym deskowaniem z listewkami. Dachy dwuspadowe, kryte blachą. Nad babińcem, nawą i prezbiterium ośmioboczne, cebulaste kopuły. Polichromię i ikonostas pochodzący z okresu budowy cerkwi obejrzeliśmy częściowo, przez dziurkę od klucza. Teren cerkwi otoczony murem, w linii którego wbudowana jest druga cerkiew – dzwonnica bramna, obiekt unikalny w skali kraju. Prawdopodobnie równolatka cerkwi w Uluczu. Pochodzi z XVI wieku. Składa się z trzech kondygnacji. Na drugiej, drewnianej, znajdował się ikonostas. Ponieważ przy jednym ikonostasie można było sprawować tylko jedną eucharystię dziennie, przez fakt istnienia ikonostasu wieża była odrębną cerkwią. Pozwalało to odprawiać dodatkową mszę w tym samym dniu. Obecnie pełni rolę dzwonnicy. Przed odjazdem z Dobrej zajrzeliśmy do otwartego sklepu. Zgodnie orzekliśmy, że tak dobrych kruchych ciastek posypywanych cukrem i popijanych fantą, w życiu nie jedliśmy. Do tego siedząc w cieniu, pod okapem, na ławce pod sklepem, mając przed oczami wzgórze cerkiewne. Wyjeżdżamy.

W Hłomczy na skrzyżowaniu skręcamy w prawo do Łodziny. Po kilku kilometrach miejscowość ze schludnymi, estetycznymi obejściami. Mijamy miejsce po rozebranym w czynie społecznym dworze z XVIII wieku i jedziemy do końca drogi. Przed nami, na ogrodzonym terenie cmentarz i wybudowana w 1743 roku malutka, obita gontem, drewniana cerkiew greckokatolicka. Przed wejściem do niej rośnie stary dąb. Ręka sama wyciąga się w jego kierunku. Niesamowite wrażenie - oprzeć się o drzewo, co rośnie w tym miejscu tyle lat. Dookoła cmentarz. Nazwiska żyjących tu kiedyś ludzi, stare nagrobki z piaskowca i nowe, już z marmuru i granitu z nazwiskami brzmiącymi podobnie lub z nazwiskami tych, dla których to miejsce stało się ojczyzną niedawno. Dzięki uprzejmości Pana, który przerwał zajęcia gospodarskie by otworzyć i pokazać nam wnętrze cerkwi, po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć kompletny ikonostas cerkwi „karpackiej”, który jest nieodłącznym elementem wystroju każdej cerkwi. Zawiera malowane według obowiązującego  kanonu  najważniejsze sceny z życia Chrystusa oraz wizerunki patriarchów Starego Testamentu. Otoczenie i budynek cerkwi, dzięki pracowitości i  zaradności mieszkańców, znajdują się w doskonałym stanie. Ciche, pełne uroku miejsce. Niestety, zdjęcia, przy przenoszeniu z aparatu na dysk,  gdzieś się zapodziały.
Wracamy do Hłomczy, w której znaj­duje się cerkiew zbudowana w 1859 roku wraz z murowaną dzwonnicą. Usytuowane na wyniosłości, doskonale widocz­ne.  Cerkiew drewniana, oszalowana, konstrukcji zrębowej. Prezbite­rium mniejsze od nawy, z bocz­na zakrystią. Dach dwu-kaleni­cowy, kryty blachą. Nad nawą sześcioboczna wieżyczka a nad prezbiterium i babińcem kopula­ste hełmy. Forma, bryła i wystrój zewnętrzny dostosowane do „stylu józefińskiego”. Ogrodzona zarośniętym murem z dzikiego kamienia. Otoczona starodrzewiem z pomnikowymi dębami.
Ozdobą Mrzygłodu, któremu prawa miejskie nadał w 1425 roku Władysław Jagiełło, jest pochodząca z drugiej połowy XIX i początku XX wieku, drewniana zabudowa czworobocznego rynku i wychodzących z niego ulic. Większość budynków, wielokrotnie przebudowywana i ulepszana, z wykorzystaniem dowolnych materiałów, utraciła swój pierwotny charakter. Ale  dzięki staraniom właścicieli, niektóre z nich zachowały swój pierwotny wygląd i styl. Znajduje się tu także murowany, gotycki kościół zbudowany przed 1424 r. Według tradycji, pracowali przy nim jeńcy krzyżaccy spod Grunwaldu. Z dawnej gotyckiej architektury zachowały się jedynie przypory i jedno, zamurowane okno. Dopadł nas „mały głodzio”. Załatwiliśmy go kiełbasą, bułką i napojem, w rynku, na ławce. Zabłądziłem w Mrzygłodzie, w którym nie licząc krzyżujących się uliczek, jest jedno skrzyżowanie. Zamiast w lewo, w kierunku Tyrawy Solnej, pojechałem prosto. Ale dzięki temu mogliśmy zobaczyć „przełom Sanu pod Trepczą” i przejechać przepięknie widokowym odcinkiem drogi. Dopiero za przełomem, by nie stracić nic z uczty widokowej, zawróciliśmy i już bez błądzenia dotarliśmy do Tyrawy.

Jej nazwa, podobnie jak gór u podnóża których leży, pochodzi od słonych źródeł, z których warzono sól już w średniowieczu. Na wydzielonym ogrodzeniem terenie, otoczona kręgiem drzew, znajduje się cerkiew wzniesiona w 1837 roku. Na podmurówce z kamienia, drewniana, konstrukcji zrębowej, trójdzielna, poszczególne człony ze ścianami równej wysokości, na rzucie zbliżonym do kwadratu. Przy babińcu wieża z dostawionym portykiem. Dachy kryte blachą, namiotowy nad wieżą i kalenicowe nad pozostałymi częściami. Budowniczowie pokazali jak, mimo obowiązujących surowych przepisów, nadać bryle budowli indywidualny wygląd. Bogate wyposażenie, w większości współczesne budowie cerkwi.  I znowu fart, bo dzięki temu, że odbywało się spotkanie młodzieży, mogliśmy, po jego zakończeniu, obejrzeć wnętrze cerkwi.

Nieco dalej, nad potokiem Tyrawka, u podnóża Gór Słonnych położona jest Siemuszowa. W jej środkowej części, na stoku wyniosłego wzgórza usytuowana jest cerkiew. Podjechaliśmy pod cerkiew i po raz pierwszy zdarzyło mi się, by motocykl postawiony na bocznej stopce, zsuwał się po jezdni. Teren cerkiewny wyznaczony przez ogrodzenie. W jego obrębie starodrzewie z bocianim gniazdem. Obok cmentarz. Cerkiew wzniesiono w 1841 roku. Drewniana, konstrukcji zrębowej, oszalowana deskami z listwowaniem, na kamiennej podmurówce, dwudzielna, ze słupową wieżą od zachodu. Nad nawą wieżyczka z hełmem. Podobny, lecz smuklejszy hełm, nad wieżą.  Jej wygląd  pokazuje, jak cesarz Józef II, wprowadzając wzorniki stanowiące o bryle i wyglądzie budowli sakralnych, wznoszonych na obszarze cesarstwa przez innowierców (styl józefiński), wyobrażał sobie budynek cerkwi greckokatolickiej. Powyżej cerkwi, na szczycie wzniesienia, znajduje się stary cmentarz greckokatolicki.
Nieodległy Hołuczków to ostatnia, zaplanowana na dzisiaj miejscowość. Mimo, że było już trochę późno, postanowiliśmy tam pojechać. Na wzgórzu za wsią stoi drewniana cerkiew z 1858 roku. Zrębowa, trójdzielna, szalowana deskami, na podmurówce z daszkiem okapowym, dach dwukalenicowy, na słupowej wieży – namiotowy, oba kryte blachą. Nad nawą wieżyczka z hełmem. Podobny hełm nad wieżą. Obok cerkwi cmentarz parafialny, nieco dalej drugi, opuszczony cmentarz greckokatolicki. Bryła cerkwi typowa dla tego typu budowli powstających w połowie XIX wieku w zaborze austriackim według urzędowych wzorników. Znowu, dzięki uprzejmości pana, który po powrocie z prac polowych otworzył nam cerkiew, mogliśmy zobaczyć jej kompletny ikonostas, pochodzący z okresu budowy cerkwi. Powrót do Leska, koncert i spanie. Jutro powrót.
Dzień czwarty. Powrót.

Rzeczy spakowane. Sakwy zapięte. Żegnamy się z Panią, u której zawsze zatrzymujemy się podczas pobytu w Lesku. Ruszamy. Mamy w planie: zwiedzić cerkiew w Chotyńcu i zdążyć na wybory "prezydenckie". Mimo blokady spowodowanej wyścigiem kolarskim, udaje się nam wyjechać z miasta. W Radymnie skręcamy na Korczową. Kilka kilometrów przed przejściem granicznym skręcamy w prawo do miejscowości Chotyniec. We wschodniej części wsi, na niewielkim trawiastym wzniesieniu o łagodnych stokach, na terenie wyznaczonym drewnianym ogrodzeniem,  stoi drewniana cerkiew. Jej budowę datuje się na 1615 rok. Pierwotnie trójdzielna (przedsionek dobudowano później), konstrukcji zrębowej, na podmurówce z kamienia. Cerkiew obiegają dookoła soboty oparte na rysiach i kolumienkach. Nad babińcem galeria z zewnętrznymi schodami.  Jest to rozwiązanie niezwykle rzadkie, spotykane jedynie w najstarszych cerkwiach. Nawę, babiniec i prezbiterium  wieńczą trzy kopuły na ośmiobocznych bębnach. Bardzo ciekawa, oryginalna, niezwykle harmonijna bryła, z wieloma „smaczkami ciesielskimi”. Świadczy o wysokim kunszcie jej budowniczych. Całość sprawia niesamowite wrażenie. Zadziwia proporcjami i niespotykaną smukłością. We wnętrzu polichromia z 1735-1772 roku. Ikonostas prawdopodobnie z 1671 roku. Stojąca obok cerkwi XVII wieczna dzwonnica została przeniesiona ze wsi Troki koło Medyki. Oryginalną zniszczono  podczas I wojny światowej. Pobyliśmy tam czas jakiś. Mieliśmy już wyjeżdżać, gdy zatrzymał nas rzęsisty, 40-minutowy deszcz. Przy wjeździe do Jarosławia znowu „deszczowy” postój. Tradycyjny postój w Koniaczowie i dalej jazda na wybory „prezydenckie”. Po kilkunastu kilometrach rozpadało się na dobre. Przeciwdeszczówki i jazda dalej. Miny ludzi z komisji wyborczej, kiedy na 2 minuty przed zamknięciem weszliśmy do lokalu wyborczego „w pełnym rynsztunku”, ja dodatkowo wlokąc za sobą zsuwające się osłony butów - bezcenne.